OOPS. Your Flash player is missing or outdated.Click here to update your player so you can see this content.

Witamy! Dzisiaj jest:


28 Czerwca 2016
Wtorek
Imieniny obchodzą:
Amos, Ireneusz,
Józef, Leon,
Paweł, Raissa,
Zbrosław
Do końca roku zostało 187 dni.

Nasza Galeria

Ogłoszenia



 
= Ad with Photo

Kursy walut

Logowanie






Nie pamiętasz hasła?
Konto? Zarejestruj się!
You are here: Start arrow Inne arrow Niusy i Ciekawostki arrow Wymuszone adopcje polskich dzieci to fakt!

Wymuszone adopcje polskich dzieci to fakt! Utwórz PDF Drukuj Poleć znajomemu
Oceny: / 1
KiepskiŚwietny 
 

Napisany przez Onet, z 17-05-2013 22:26

Opinie : 575    

Polecane : 127

Brytyjska opieka społeczna zabiera polskim emigrantom dziecko do adopcji. Pili, bili, wykorzystywali? Nic z tego – sami zgłosili się do councilu o pomoc. Bulwersującą sprawę wymuszonej adopcji tropi nasz reporter oraz komentuje brytyjski parlamentarzysta, zaangażowany w zmianę grabieżczego systemu.

Fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta
Fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta

Termin „forced adoption” (wymuszona adopcja) kojarzymy zazwyczaj z rodziną patologiczną. Jednak odbieranie dzieci rodzinom emigrantów z przeciętnymi problemami to nie bajka – to zatrważające realia UK. A wszystko w majestacie prawa.

"Proście, a będzie Wam dane"

Żaneta i Kamil C. z (wtedy 7-letnim) Wiktorem* przyjeżdżają do UK w 2010 r. Pojawiają się problemy zdrowotne żony: szpital, operacja. Dochodzą problemy z płatnościami za mieszkanie. W takiej sytuacji, pod koniec 2012 r., dochodzi do rodzinnej kłótni o komputerową grę syna. Kamil rozbija kuchenną szafkę.

- Zaraz po tym zdarzeniu, pod wpływem emocji poszedłem do naszego councilu prosić o pomoc - wspomina Kamil i dodaje: „Byliśmy normalną polską rodziną z problemami, z jakimi boryka się wielu początkujących emigrantów”. Jeszcze tego samego dnia, do drzwi Państwa C. pukają dwie pracownice opieki społecznej (Social Services - SS). - Pamiętam, że jednym z ich pierwszych pytań było "Czy nie chcieliby Państwo rozważyć oddania dziecka na jakiś czas?" - opowiada Żaneta.

- Sugerowały nam, by odpocząć, odstresować się, a w tym czasie dziecko zostałoby nauczone manier. Byliśmy w szoku. Mąż dodaje: - A przecież ja tylko zgłosiłem się po pomoc, np. terapię małżeńską. Wiem, że to działa. Czemu od razu zabierać dziecko? – pyta retorycznie.

Pomoc? Jaka pomoc?

Począwszy od pierwszego pisma, SS nie prosi, a nakazuje. - Temat pomocy, po którą się zgłosiłem, nigdy nie był podniesiony - stwierdza Kamil. - Było tylko sprawdzanie i odpytywanie. W maju 2012, gdy Wiktor jest w szkole, staje się najgorsze: syn zostaje zabrany. - Przeżyliśmy horror - mówi Kamil.

- Cały czas obiecywali, że Wiktor wróci do nas przed wakacjami, ale po dwóch miesiącach pobytu u pierwszej foster care (tymczasowa rodzina zastępcza – przyp. red.), znaleźli mu dobrze sytuowaną angielską rodzinę. Syn rozpacza, bo czuje się tam jak w więzieniu.

Jak za komuny

Kamil zostaje wysłany na badania alkoholowe (obowiązkowe). Testy nic nie wykazują. Żanetę wysyłają do psychiatry. - Owszem, żona leczyła się - przyznaje Kamil. - Ale po to właśnie sam do nich poszedłem, żeby otrzymać pomoc – dodaje. - Mnie i synowi zabrano paszporty - mówi Żaneta. - A później nasze dokumenty dziwnie „zaginęły”.

Pomimo sądowego zalecenia, by SS zadbało o kontakt Wiktora z kulturą i religią polską, jest ono systematycznie ignorowane. - Syn poprosił opiekuna o Pierwszą Komunię, a wtedy on zdziwiony powiedział, że „w rubryce «religia» było zaznaczone «bez»”. To ich kolejny przekręt.

Błędne koło

Państwu C. zarzuca się, że mają zły wpływ na dziecko, tzw. emotional harm. Na widzeniach z synem nie mogą nic mówić przeciwko SS, wszystko ma być OK. - Gdy trzeba się żegnać - opowiada Kamil - syn się rozkleja i histeryzuje, bo chce żebyśmy zostali. A oni to interpretują, że „rodzice mają zły wpływ na Wiktora”.

Źródło: Polish Express
   
Zacytuj na swojej witrynie
Polecane

Komentarze użytkowników  
 

Średnia ocen użytkowników

   (0 głos)

 


Dodaj komentarz!
Tylko zalogowani użytkownicy mogą komentować artykuły. Zaloguj się lub zarejestruj.

Nie komentowano



mXcomment 1.0.7 © 2007-2016 - visualclinic.fr
License Creative Commons - Some rights reserved
« poprzedni artykuł   następny artykuł »

Migawki

 Przykładowa grafika

Wiele osób w Polsce określa emigrantów jako polityczny balast, odmawiając im niekiedy nawet praw wyborczych

Rozmowa z Jarosławem Urbańskim, inicjatorem Kampanii na rzecz Pracowników Sezonowych i Emigrantów.

Jarosław Urbański, socjolog, badacz konfliktów społecznych i narodowych, działacz związku zawodowego "Inicjatywa Pracownicza" opowiada o tym, czym jest rzeczywista odległość od Polski, gdzie jest miejsce emigrantów w strukturze współczesnej Europy i w organizmie własnego kraju, o niemocy Polaka i jego problemach ze znalezieniem sobie miejsca we współczesnym świecie.

Banalna sprawa, ale trzeba postawić ją jasno: nie ma nas w Polsce, bo jesteśmy na Wyspach. Na ile taka zero-jedynkowa rzeczywistość przygniata nasze naturalne potrzeby i co hamuje właściwy rozwój?

Hamulcem z pewnością jest tu poczucie tymczasowości i braku stabilizacji. Owszem – poczucie to może być jakimś ważnym doświadczeniem życiowym, ale w perspektywie długofalowej większość ludzi nie akceptuje takiego stanu rzeczy. To naturalne. Rodzina, grupa znajomych i  przyjaciół zostawiona w Polsce stanowi ważny punkt odniesienia i bez tego środowiska przypominamy trochę zakorkowaną butelkę w morzu. Do tego dochodzą jeszcze bariery językowe. Jeżeli nawet mówimy względnie biegle po angielsku, to spora część Polaków na Zachodzie ma z tym problemy. Nie jesteśmy zazwyczaj w stanie nawiązać głębokiego dialogu z obcokrajowcami z uwagi na wszelkiego typu konteksty kulturowe, skróty myślowe, slangowe sformułowania i tak dalej. Wiele osób przebywających na Zachodzie mówiło mi, że po prostu ich dyskusje z Irlandczykami czy Anglikami są "płytsze”, bardziej powierzchowne. Wreszcie większość Polaków, którzy przybyli na Zachód, aby podjąć pracę zorientowali się, że są pracownikami – trudno, trzeba to powiedzieć - drugiej kategorii. Badania socjologiczne potwierdzają (opublikowano je m.in. w "Labour Research"), że cudzoziemcy nawet z brytyjskimi paszportami muszą się zadowolić gorszymi warunkami pracy i płacy. Czyli na rynku pracy czujemy, że nasze prawa nie są takie same. To niby oczywiste, ale ta świadomość jednak boli.

Jest jeszcze świat polityki i nasze głosy dla wielu partii są jednak głosami "pierwszej świeżości". Czy jednak możemy się czuć pełnoprawnymi wyborcami, skoro wielu ludzi w Polsce odsądza nas od tych praw, często nawet nazywając "zdrajcami"? Czy nasz głos jest reprezentatywny i dla kogo? Kim my w ogóle jesteśmy?

Obecny system demokratyczny powstał w oparciu o pewne zasadnicze założenia. Jego punktem oparcia jest państwo narodowe. Pracownik-emigrant jakoby traci, w sensie formalnym, część swojej ojczyzny. W jakimś stopniu staje się kosmopolitą, nawet jeżeli w swojej świadomości czuje się mocno związany z krajem, jego symbolami. Myślę, że części środowiska emigrantów to odpowiada, podobnie jak owo poczucie tymczasowości. Większości chyba jednak nie.

Jest to szok: między tym, w jakim duchu ich wychowano, a tym, jak żyją na co dzień. Między tym, kim się stają, a tym, kim chciano, aby się stali. Tu zachodzą ważne procesy. Niektórzy socjolodzy nawet twierdzą, że państwa narodowe, a może nawet narody – zanikają, co spowoduje konieczność zbudowania nowych procedur demokratycznych, tak aby nikt nie był pozbawiany w żadnych okolicznościach praw politycznych. To jednak przyszłość, na razie po prostu bierzcie udział w każdych możliwych wyborach!

Czy jesteśmy emigracją i wychodźstwem czy tylko społecznością na wyjeździe?

Zazwyczaj utrzymujemy, że jesteśmy tylko na wyjeździe. Myślę, że fala emigracji z lat 1981-82 też tak myślała, ale ostatecznie wiele osób osiedliło się na Zachodzie. Potrzeba czasu, żeby stwierdzić, ile faktycznie z tych setek tysięcy (niektórzy mówią nawet o milionie czy dwóch) wyjeżdżających do pracy osób z Polski osiedli się faktycznie zagranicą. Fakt ten zresztą spędza polskim politykom sen z oczu, bo z jednej strony dzisiejsza emigracja jest źródłem sporego dochodu wpompowanego w polską gospodarkę i pozwala jednocześnie zmniejszyć koszty pomocy socjalnej, a z drugiej stały odpływ z Polski ludzi w wieku produkcyjnym może spowodować poważne problemy ekonomiczne w przyszłości.

Do 2030 roku gwałtownie w Polsce przybędzie osób w wieku poprodukcyjnym, czyli emerytów. Rodzi się pytanie: kto wówczas będzie pracował na ich utrzymanie, skoro dziś wielu dwudziestolatków wyjeżdża za pracą na Zachód? Jeżeli ostatecznie tam się osiedlą, emigracja będzie przysparzać tylko dochodu obcej gospodarce. Dlatego też rząd zastanawia się nad rozwiązaniem alternatywnym i otwarciem polskiego rynku pracy dla np. Ukraińców i Chińczyków. Europa będzie jak wieża Babel. Ekonomia przeważa nad ideowymi, narodowymi partykularyzmami.

Gdzie szukać pomocy i swojego miejsca podczas zagubienia w nieznanych strukturach? Tworzyć własne? Smutek i nostalgia emigrancka połączona z depresją, podejrzeniami, że rodzina w Polsce cierpi, żona sama, a i bez ojca na pewno dzieci się nie uczą. Do tego polska niemożność rodem z Wyspiańskiego i Gombrowicza…

Jest wiele strategii przetrwania w takich okolicznościach. Niektórzy tworzą wewnętrznie zintegrowane społeczności emigrantów, którzy starają się razem stawiać czoła przeciwnościom. Oczywiście prędzej czy później, z reguły w drugim czy trzecim pokoleniu, te społeczności są już tylko pewnym folklorem, a ich członkowie są dobrze zaadaptowani do lokalnych warunków. Inna strategia to prędka asymilacja połączona ze sprowadzeniem rodziny. Oczywiście są także strategie pośrednie, jak np. tworzenie polskich sekcji przy brytyjskich czy irlandzkich związkach zawodowych. Jeszcze inną strategią jest z pewnością próba utrzymywania ścisłego kontaktu z krajem i rodziną: telefony, internet, częste odwiedziny.

No i oczywiście zostają rozwiązania typu alkohol czy narkotyki, które na chwilę tłumią poczucie wyobcowania, ale na dłuższą metę je pogłębiają. Bo alkohol z tego wszystkiego pozostaje rozwiązaniem – jakby nie patrzeć – najprostszym. Kupujesz pół litra i już. A picie daje także poczucie przynależności do grupy, nawet jeżeli wcześniej łączyły jej członków dość luźne więzy (ten z Poznania, tamten z Łomży). Dodatkowo jest rozwiązaniem utrwalonym w pewnych wzorcach kulturowych. Ale szczerze mówiąc, nie wiem jak z tym jest w sensie statystycznym, to znaczy, w jakim stopniu faktycznie Polacy na dzisiejszej emigracji łapią się tego rozwiązania, próbując zniwelować swoją neurozę. Jeden czy dwa głośne przykłady niczego w sensie ogólnym nam tu nie mówią. Wiem, że łatwo się to mówi, ale: "Nie pić, tylko współdziałać". Ze swojakami i z gospodarzami. Innej drogi nie macie.

***

Jarosław Urbański (ur. 1964) - socjolog i działacz społeczny. W latach 80. był działaczem opozycyjnym, uczestniczył w ruchu Wolność i Pokój. Współzakładał Federację Anarchistyczną i Stowarzyszenie OBJECTOR. Jest jednym z założycieli i koordynatorem Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Inicjatywa Pracownicza. Związany ze środowiskiem poznańskiego squattu "Rozbrat". Autor książek i licznych publikacji dotyczących współczesnych problemów społecznych. Publicysta prasy związkowej i lewicowej (m.in. Mać Pariadka, Recykling Idei, Biuletyn OZZ IP, Kurier Związkowy Sierpień 80, Nowy Robotnik, Trybuna Robotnicza, Przegląd Anarchistyczny).

Wiele osób w Polsce określa emigrantów jako polityczny balast, odmawiając im niekiedy nawet praw wyborczych

Rozmowa z Jarosławem Urbańskim, inicjatorem Kampanii na rzecz Pracowników Sezonowych i Emigrantów.

Jarosław Urbański, socjolog, badacz konfliktów społecznych i narodowych, działacz związku zawodowego "Inicjatywa Pracownicza" opowiada o tym, czym jest rzeczywista odległość od Polski, gdzie jest miejsce emigrantów w strukturze współczesnej Europy i w organizmie własnego kraju, o niemocy Polaka i jego problemach ze znalezieniem sobie miejsca we współczesnym świecie.

Banalna sprawa, ale trzeba postawić ją jasno: nie ma nas w Polsce, bo jesteśmy na Wyspach. Na ile taka zero-jedynkowa rzeczywistość przygniata nasze naturalne potrzeby i co hamuje właściwy rozwój?

Hamulcem z pewnością jest tu poczucie tymczasowości i braku stabilizacji. Owszem – poczucie to może być jakimś ważnym doświadczeniem życiowym, ale w perspektywie długofalowej większość ludzi nie akceptuje takiego stanu rzeczy. To naturalne. Rodzina, grupa znajomych i  przyjaciół zostawiona w Polsce stanowi ważny punkt odniesienia i bez tego środowiska przypominamy trochę zakorkowaną butelkę w morzu. Do tego dochodzą jeszcze bariery językowe. Jeżeli nawet mówimy względnie biegle po angielsku, to spora część Polaków na Zachodzie ma z tym problemy. Nie jesteśmy zazwyczaj w stanie nawiązać głębokiego dialogu z obcokrajowcami z uwagi na wszelkiego typu konteksty kulturowe, skróty myślowe, slangowe sformułowania i tak dalej. Wiele osób przebywających na Zachodzie mówiło mi, że po prostu ich dyskusje z Irlandczykami czy Anglikami są "płytsze”, bardziej powierzchowne. Wreszcie większość Polaków, którzy przybyli na Zachód, aby podjąć pracę zorientowali się, że są pracownikami – trudno, trzeba to powiedzieć - drugiej kategorii. Badania socjologiczne potwierdzają (opublikowano je m.in. w "Labour Research"), że cudzoziemcy nawet z brytyjskimi paszportami muszą się zadowolić gorszymi warunkami pracy i płacy. Czyli na rynku pracy czujemy, że nasze prawa nie są takie same. To niby oczywiste, ale ta świadomość jednak boli.

Jest jeszcze świat polityki i nasze głosy dla wielu partii są jednak głosami "pierwszej świeżości". Czy jednak możemy się czuć pełnoprawnymi wyborcami, skoro wielu ludzi w Polsce odsądza nas od tych praw, często nawet nazywając "zdrajcami"? Czy nasz głos jest reprezentatywny i dla kogo? Kim my w ogóle jesteśmy?

Obecny system demokratyczny powstał w oparciu o pewne zasadnicze założenia. Jego punktem oparcia jest państwo narodowe. Pracownik-emigrant jakoby traci, w sensie formalnym, część swojej ojczyzny. W jakimś stopniu staje się kosmopolitą, nawet jeżeli w swojej świadomości czuje się mocno związany z krajem, jego symbolami. Myślę, że części środowiska emigrantów to odpowiada, podobnie jak owo poczucie tymczasowości. Większości chyba jednak nie.

Jest to szok: między tym, w jakim duchu ich wychowano, a tym, jak żyją na co dzień. Między tym, kim się stają, a tym, kim chciano, aby się stali. Tu zachodzą ważne procesy. Niektórzy socjolodzy nawet twierdzą, że państwa narodowe, a może nawet narody – zanikają, co spowoduje konieczność zbudowania nowych procedur demokratycznych, tak aby nikt nie był pozbawiany w żadnych okolicznościach praw politycznych. To jednak przyszłość, na razie po prostu bierzcie udział w każdych możliwych wyborach!

Czy jesteśmy emigracją i wychodźstwem czy tylko społecznością na wyjeździe?

Zazwyczaj utrzymujemy, że jesteśmy tylko na wyjeździe. Myślę, że fala emigracji z lat 1981-82 też tak myślała, ale ostatecznie wiele osób osiedliło się na Zachodzie. Potrzeba czasu, żeby stwierdzić, ile faktycznie z tych setek tysięcy (niektórzy mówią nawet o milionie czy dwóch) wyjeżdżających do pracy osób z Polski osiedli się faktycznie zagranicą. Fakt ten zresztą spędza polskim politykom sen z oczu, bo z jednej strony dzisiejsza emigracja jest źródłem sporego dochodu wpompowanego w polską gospodarkę i pozwala jednocześnie zmniejszyć koszty pomocy socjalnej, a z drugiej stały odpływ z Polski ludzi w wieku produkcyjnym może spowodować poważne problemy ekonomiczne w przyszłości.

Do 2030 roku gwałtownie w Polsce przybędzie osób w wieku poprodukcyjnym, czyli emerytów. Rodzi się pytanie: kto wówczas będzie pracował na ich utrzymanie, skoro dziś wielu dwudziestolatków wyjeżdża za pracą na Zachód? Jeżeli ostatecznie tam się osiedlą, emigracja będzie przysparzać tylko dochodu obcej gospodarce. Dlatego też rząd zastanawia się nad rozwiązaniem alternatywnym i otwarciem polskiego rynku pracy dla np. Ukraińców i Chińczyków. Europa będzie jak wieża Babel. Ekonomia przeważa nad ideowymi, narodowymi partykularyzmami.

Gdzie szukać pomocy i swojego miejsca podczas zagubienia w nieznanych strukturach? Tworzyć własne? Smutek i nostalgia emigrancka połączona z depresją, podejrzeniami, że rodzina w Polsce cierpi, żona sama, a i bez ojca na pewno dzieci się nie uczą. Do tego polska niemożność rodem z Wyspiańskiego i Gombrowicza…

Jest wiele strategii przetrwania w takich okolicznościach. Niektórzy tworzą wewnętrznie zintegrowane społeczności emigrantów, którzy starają się razem stawiać czoła przeciwnościom. Oczywiście prędzej czy później, z reguły w drugim czy trzecim pokoleniu, te społeczności są już tylko pewnym folklorem, a ich członkowie są dobrze zaadaptowani do lokalnych warunków. Inna strategia to prędka asymilacja połączona ze sprowadzeniem rodziny. Oczywiście są także strategie pośrednie, jak np. tworzenie polskich sekcji przy brytyjskich czy irlandzkich związkach zawodowych. Jeszcze inną strategią jest z pewnością próba utrzymywania ścisłego kontaktu z krajem i rodziną: telefony, internet, częste odwiedziny.

No i oczywiście zostają rozwiązania typu alkohol czy narkotyki, które na chwilę tłumią poczucie wyobcowania, ale na dłuższą metę je pogłębiają. Bo alkohol z tego wszystkiego pozostaje rozwiązaniem – jakby nie patrzeć – najprostszym. Kupujesz pół litra i już. A picie daje także poczucie przynależności do grupy, nawet jeżeli wcześniej łączyły jej członków dość luźne więzy (ten z Poznania, tamten z Łomży). Dodatkowo jest rozwiązaniem utrwalonym w pewnych wzorcach kulturowych. Ale szczerze mówiąc, nie wiem jak z tym jest w sensie statystycznym, to znaczy, w jakim stopniu faktycznie Polacy na dzisiejszej emigracji łapią się tego rozwiązania, próbując zniwelować swoją neurozę. Jeden czy dwa głośne przykłady niczego w sensie ogólnym nam tu nie mówią. Wiem, że łatwo się to mówi, ale: "Nie pić, tylko współdziałać". Ze swojakami i z gospodarzami. Innej drogi nie macie.

***

Jarosław Urbański (ur. 1964) - socjolog i działacz społeczny. W latach 80. był działaczem opozycyjnym, uczestniczył w ruchu Wolność i Pokój. Współzakładał Federację Anarchistyczną i Stowarzyszenie OBJECTOR. Jest jednym z założycieli i koordynatorem Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Inicjatywa Pracownicza. Związany ze środowiskiem poznańskiego squattu "Rozbrat". Autor książek i licznych publikacji dotyczących współczesnych problemów społecznych. Publicysta prasy związkowej i lewicowej (m.in. Mać Pariadka, Recykling Idei, Biuletyn OZZ IP, Kurier Związkowy Sierpień 80, Nowy Robotnik, Trybuna Robotnicza, Przegląd Anarchistyczny).

Wiele osób w Polsce określa emigrantów jako polityczny balast, odmawiając im niekiedy nawet praw wyborczych

Rozmowa z Jarosławem Urbańskim, inicjatorem Kampanii na rzecz Pracowników Sezonowych i Emigrantów.

Jarosław Urbański, socjolog, badacz konfliktów społecznych i narodowych, działacz związku zawodowego "Inicjatywa Pracownicza" opowiada o tym, czym jest rzeczywista odległość od Polski, gdzie jest miejsce emigrantów w strukturze współczesnej Europy i w organizmie własnego kraju, o niemocy Polaka i jego problemach ze znalezieniem sobie miejsca we współczesnym świecie.

Banalna sprawa, ale trzeba postawić ją jasno: nie ma nas w Polsce, bo jesteśmy na Wyspach. Na ile taka zero-jedynkowa rzeczywistość przygniata nasze naturalne potrzeby i co hamuje właściwy rozwój?

Hamulcem z pewnością jest tu poczucie tymczasowości i braku stabilizacji. Owszem – poczucie to może być jakimś ważnym doświadczeniem życiowym, ale w perspektywie długofalowej większość ludzi nie akceptuje takiego stanu rzeczy. To naturalne. Rodzina, grupa znajomych i  przyjaciół zostawiona w Polsce stanowi ważny punkt odniesienia i bez tego środowiska przypominamy trochę zakorkowaną butelkę w morzu. Do tego dochodzą jeszcze bariery językowe. Jeżeli nawet mówimy względnie biegle po angielsku, to spora część Polaków na Zachodzie ma z tym problemy. Nie jesteśmy zazwyczaj w stanie nawiązać głębokiego dialogu z obcokrajowcami z uwagi na wszelkiego typu konteksty kulturowe, skróty myślowe, slangowe sformułowania i tak dalej. Wiele osób przebywających na Zachodzie mówiło mi, że po prostu ich dyskusje z Irlandczykami czy Anglikami są "płytsze”, bardziej powierzchowne. Wreszcie większość Polaków, którzy przybyli na Zachód, aby podjąć pracę zorientowali się, że są pracownikami – trudno, trzeba to powiedzieć - drugiej kategorii. Badania socjologiczne potwierdzają (opublikowano je m.in. w "Labour Research"), że cudzoziemcy nawet z brytyjskimi paszportami muszą się zadowolić gorszymi warunkami pracy i płacy. Czyli na rynku pracy czujemy, że nasze prawa nie są takie same. To niby oczywiste, ale ta świadomość jednak boli.

Jest jeszcze świat polityki i nasze głosy dla wielu partii są jednak głosami "pierwszej świeżości". Czy jednak możemy się czuć pełnoprawnymi wyborcami, skoro wielu ludzi w Polsce odsądza nas od tych praw, często nawet nazywając "zdrajcami"? Czy nasz głos jest reprezentatywny i dla kogo? Kim my w ogóle jesteśmy?

Obecny system demokratyczny powstał w oparciu o pewne zasadnicze założenia. Jego punktem oparcia jest państwo narodowe. Pracownik-emigrant jakoby traci, w sensie formalnym, część swojej ojczyzny. W jakimś stopniu staje się kosmopolitą, nawet jeżeli w swojej świadomości czuje się mocno związany z krajem, jego symbolami. Myślę, że części środowiska emigrantów to odpowiada, podobnie jak owo poczucie tymczasowości. Większości chyba jednak nie.

Jest to szok: między tym, w jakim duchu ich wychowano, a tym, jak żyją na co dzień. Między tym, kim się stają, a tym, kim chciano, aby się stali. Tu zachodzą ważne procesy. Niektórzy socjolodzy nawet twierdzą, że państwa narodowe, a może nawet narody – zanikają, co spowoduje konieczność zbudowania nowych procedur demokratycznych, tak aby nikt nie był pozbawiany w żadnych okolicznościach praw politycznych. To jednak przyszłość, na razie po prostu bierzcie udział w każdych możliwych wyborach!

Czy jesteśmy emigracją i wychodźstwem czy tylko społecznością na wyjeździe?

Zazwyczaj utrzymujemy, że jesteśmy tylko na wyjeździe. Myślę, że fala emigracji z lat 1981-82 też tak myślała, ale ostatecznie wiele osób osiedliło się na Zachodzie. Potrzeba czasu, żeby stwierdzić, ile faktycznie z tych setek tysięcy (niektórzy mówią nawet o milionie czy dwóch) wyjeżdżających do pracy osób z Polski osiedli się faktycznie zagranicą. Fakt ten zresztą spędza polskim politykom sen z oczu, bo z jednej strony dzisiejsza emigracja jest źródłem sporego dochodu wpompowanego w polską gospodarkę i pozwala jednocześnie zmniejszyć koszty pomocy socjalnej, a z drugiej stały odpływ z Polski ludzi w wieku produkcyjnym może spowodować poważne problemy ekonomiczne w przyszłości.

Do 2030 roku gwałtownie w Polsce przybędzie osób w wieku poprodukcyjnym, czyli emerytów. Rodzi się pytanie: kto wówczas będzie pracował na ich utrzymanie, skoro dziś wielu dwudziestolatków wyjeżdża za pracą na Zachód? Jeżeli ostatecznie tam się osiedlą, emigracja będzie przysparzać tylko dochodu obcej gospodarce. Dlatego też rząd zastanawia się nad rozwiązaniem alternatywnym i otwarciem polskiego rynku pracy dla np. Ukraińców i Chińczyków. Europa będzie jak wieża Babel. Ekonomia przeważa nad ideowymi, narodowymi partykularyzmami.

Gdzie szukać pomocy i swojego miejsca podczas zagubienia w nieznanych strukturach? Tworzyć własne? Smutek i nostalgia emigrancka połączona z depresją, podejrzeniami, że rodzina w Polsce cierpi, żona sama, a i bez ojca na pewno dzieci się nie uczą. Do tego polska niemożność rodem z Wyspiańskiego i Gombrowicza…

Jest wiele strategii przetrwania w takich okolicznościach. Niektórzy tworzą wewnętrznie zintegrowane społeczności emigrantów, którzy starają się razem stawiać czoła przeciwnościom. Oczywiście prędzej czy później, z reguły w drugim czy trzecim pokoleniu, te społeczności są już tylko pewnym folklorem, a ich członkowie są dobrze zaadaptowani do lokalnych warunków. Inna strategia to prędka asymilacja połączona ze sprowadzeniem rodziny. Oczywiście są także strategie pośrednie, jak np. tworzenie polskich sekcji przy brytyjskich czy irlandzkich związkach zawodowych. Jeszcze inną strategią jest z pewnością próba utrzymywania ścisłego kontaktu z krajem i rodziną: telefony, internet, częste odwiedziny.

No i oczywiście zostają rozwiązania typu alkohol czy narkotyki, które na chwilę tłumią poczucie wyobcowania, ale na dłuższą metę je pogłębiają. Bo alkohol z tego wszystkiego pozostaje rozwiązaniem – jakby nie patrzeć – najprostszym. Kupujesz pół litra i już. A picie daje także poczucie przynależności do grupy, nawet jeżeli wcześniej łączyły jej członków dość luźne więzy (ten z Poznania, tamten z Łomży). Dodatkowo jest rozwiązaniem utrwalonym w pewnych wzorcach kulturowych. Ale szczerze mówiąc, nie wiem jak z tym jest w sensie statystycznym, to znaczy, w jakim stopniu faktycznie Polacy na dzisiejszej emigracji łapią się tego rozwiązania, próbując zniwelować swoją neurozę. Jeden czy dwa głośne przykłady niczego w sensie ogólnym nam tu nie mówią. Wiem, że łatwo się to mówi, ale: "Nie pić, tylko współdziałać". Ze swojakami i z gospodarzami. Innej drogi nie macie.

***

Jarosław Urbański (ur. 1964) - socjolog i działacz społeczny. W latach 80. był działaczem opozycyjnym, uczestniczył w ruchu Wolność i Pokój. Współzakładał Federację Anarchistyczną i Stowarzyszenie OBJECTOR. Jest jednym z założycieli i koordynatorem Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Inicjatywa Pracownicza. Związany ze środowiskiem poznańskiego squattu "Rozbrat". Autor książek i licznych publikacji dotyczących współczesnych problemów społecznych. Publicysta prasy związkowej i lewicowej (m.in. Mać Pariadka, Recykling Idei, Biuletyn OZZ IP, Kurier Związkowy Sierpień 80, Nowy Robotnik, Trybuna Robotnicza, Przegląd Anarchistyczny).

 

 

Banners